They call me „The Wild Rose”... 2
They call me „The Wild Rose”...

 

They call me „The Wild Rose”...

Czasami tak jest, że gdy zaczynamy się nad czymś zastanawiać, stajemy przed jakimś wyborem, decyzją, to jakoś częściej widzimy rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Mam tu na myśli na przykład te sytuacje, kiedy na każdym skrzyżowaniu widzimy auto, nad którego zakupem się zastanawiamy, albo jak stoimy przed wyborem jesiennego płaszczyka, to w parku, w sklepie, na spacerze spotykamy osoby, które mają na sobie właśnie taki, o jaki nam chodziło.

Układając sobie w głowie ten tekst, który w zamyśle ma być wyrazem uwielbienia i wdzięczności, wszystko wokół zdawało się podsyłać mi co rusz nowe wątki. W utworach muzycznych, w literaturze, w wywiadach, w artykułach, w filmach, zakupach czy codziennych rozmowach, wszędzie. Jako symbol kobiecości, niewinności, połączenia delikatności z siłą, jako wyraz miłości, element opowieści o trosce i przyjaźni, jako składnik kulinarny, kosmetyczny, dekoracyjny. To także charakterystyczny zapach. Symbol, utrwalony i wyryty w pamięci znak. „Kiedyś byłam różą” Kayah, Róża” Mannamu, „Where the wild roses grow” Nicka Cave'a i Kylie w teledysku „Kiss from a Rose” Seala, czy wszystkie utwory Guns N' Rose, jak i wiele wiele innych piosenek, które przywołane w pamięci, przypomniane, czy usłyszane czasem choćby znienacka wywołują często bardzo silne skojarzenia, mocne i trwałe. „Mały Książę” Antoine De Saint Exupery'ego, „Imię róży” Umberto Eco, „Przepiórki w płatkach róży” Laury Esquvel, ja nie potrafię przejść obok tych książek i nie pogładzić ich choćby po brzegach.

A wszystko dzięki róży. A dokładniej róży damasceńskiej. A jeszcze precyzyjniej olejkowi z tejże róży. A przecież tak naprawdę wiadomo, że chodzi o kosmetyki firmy Alteya Organics. I to jest jedna z tych rzeczy, za które jestem ogromnie wdzięczna.

Wszystko tych kosmetykach jest dokładnie takie jak być powinno. Już kartonowe opakowanie pozwala wierzyć, że warto do niego zajrzeć. Bo warto! Ukryte w jasnych pudełkach słoiczki kremów na dzień i na noc są kwintesencją elegancji. Ciemne, brązowe szkło, z bardzo subtelną etykietą i co najważniejsze z pompką do aplikacji. Nie wiem, czy to ta prostota, użyte kolory, minimalizm, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że już same te opakowania zostały jakby dla mnie stworzone. Krem na dzień i krem na noc należą do moich ulubionych kremów. Wpisują się w moje oczekiwania i pozwalają trzymać fason. Po nałożeniu ich mam to tak pożądane uczucie zaopiekowania się moją cerą.

W wyniku wielu życiowych doświadczeń bywa, że zapachy nie są moimi sprzymierzeńcami. I przed pierwszym użyciem kosmetyków, o których dostałam informacje, że pachnie różą, miałam ogromne obawy. Jakże się ucieszyłam, że zapach jest delikatny i nie drażni mojego najczulszego zmysłu.

Mam w łazience sporą już kolekcję pustych opakowań po kremach Alteya. Trudno mi się z nimi rozstać, wykorzystuję je do olejków, albo do innych kosmetyków. Czasem jak spojrzę jak dzielnie stoją jak żołnierze w szeregu, to kąciki ust same się podnoszą i dzień biegnie już innym rytmem.

W tym roku przetestowałam też kosmetyki przeciwsłoneczne, na sobie i na nastolatce i mimo oporów spowodowanych kolorem i konsystencją tych naturalnych środków do opalania, teraz nie wyobrażamy sobie już lata bez pomadki i krem do opalania Alteya Organics. Te kosmetyki przetrwały upały i kąpiele w słownej wodzie i przy każdym użyciu reprezentowały najwyższy standard i stuprocentową jakość. Ciekawe doświadczenie.

Kremy rozdaję i wręczam najbliższym w prezencie, natomiast sprawa ma się zupełnie przedziwnie z pomadkami. Te cudne pomadki Alteya Organics, klasyczne różana i lawendowa, czy te których kolory opakowań tak jak w przypadku grapefruita ze zdravetzem, czy lawendy z miętą i te, których nieoczywiste połączenia składników zachwycają od pierwszego użycia, jak przy wanilii z geranium, czy jaśminy z ylang-ylang Te pomadki, które sprawiają, że usta są nawilżone, elastyczne, zdrowe i delikatnie błyszczące, te, które przynoszą tyle przyjemności swoim wyglądem i jakością. Te małe subtelne przedmioty znikają mi bezustannie z torebki, łazienki, samochodu, kieszeni, stołu i szuflady. I znajdują się po jakimś czasie w czyjeś torebce, plecaku, kieszeni. I to są piękne chwile, kiedy te pomadki choć już nie moje, mają swoją nową osobę, którą się opiekują. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ja tak naprawdę zdecydowanie bardziej wolę balsamy do ust w słoiczkach czy puszeczkach niż sztyfty do ust, ale dla Altey'i Organics nawet taki beton jak ja, potrafi zmienić swoje nawyki.

Nawet jeśli czasami kupuję kosmetyki dla samego opakowania, to cieszę się, że w przypadku Altey'i Organics udało się stworzyć połączenie idealne, na najwyższym poziomie. Za pięknym opakowaniem czai się najbardziej wartościowy produkt jaki znam do codziennej pielęgnacji twarzy.

 

 

Komentarze do wpisu (2)

4 listopada 2018

Z niecierpliwością czekam na obdarowanie :) czytając czerpie jak z tajemnej księgi zielarza :) i zerkam na swój sztab słoiczków już z coraz większej kolekcji ;)

5 listopada 2018

Ooo! Czyli dobre emocje towarzyszą czekaniu, jeśli można przy tym czerpać jak z magicznej księgi i mieć "sztab słoiczków" z których mocy można korzystać nawet w zadaniach specjalnych. To znaczy, że jest dobrze! Nawet w poniedziałek rano!

Nasze blogowanie
They call me „The Wild Rose”...

They call me „The Wild Rose”...

Czasami tak jest, że gdy zaczynamy się nad czymś zastanawiać, stajemy przed jakimś wyborem, decyzją, to jakoś częściej widzimy rzeczy, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Mam tu na myśli na przykład te sytuacje, kiedy na każdym skrzyżowaniu widzimy auto, nad którego zakupem się zastanawiamy, albo jak stoimy przed wyborem jesiennego płaszczyka, to w parku, w sklepie, na spacerze spotykamy osoby, które mają na sobie właśnie taki, o jaki nam chodziło.

Newsletter
Zapisz się do newslettera i odbierz 5% rabatu na pierwsze zakupy!
do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
facebook
Sklep internetowy Shoper.pl